O filmie za chwilę. Otóż James Cameron to w moim skromnym mniemaniu genialny reżyser, a jego filmy takie jak "Ucieczka z Nowego Jorku" chociażby czy bardziej znany "Terminator", doskonały "Obcy" czy wreszcie obsypany nagrodami "Tytanic" zaliczają się do kanonu kinematografii. Filmy te są już jednak, jak dla mnie, stare. Nie zamierzam od razu skakać do konkluzji, że reżyser po prostu nakręcił już swoje najlepsze filmy i teraz tylko użycza nazwiska, po prostu pojawienie się "Avatara", którego marketing musiał mieć nie lada budżet, wywołało we mnie następującą myśl: "Łał, Cameron nakręcił jakiś nowy film!" Idąc na seans, miałem pewne oczekiwania co do filmu, podochocony komentarzami znajomych (m.in. odnośnie dżungli i sposobów na zabijanie za pomocą łuku). Film do krótkich nie należy, bo trwa około dwie i pół godziny. Nie radzę kupować litrowej Coli na seans, bo ja film oglądałem nie tylko z pełnym skupieniem. Obsada jest niczego sobie, a Sam Worthington, który zaimponował mi swoją grą aktorską w Terminator: Ocalenie, radzi sobie celująco w roli głównego bohatera. Partnerują mu Zoe Saldana, Michelle Rodriguez oraz Sigourney Weaver. Warto dodać, że ostatnia z wymienionych osób ma dość bogatą historię współpracy z Cameronem. Dla mnie to nie przypadek, że pojawia się w tym filmie jako pani profesor. Poruszająca to chyba właściwe słowo, do skomentowania fabuły.
"Avatar" to opowieść science fiction o żołnierzu, który trafia do kolonii wydobywczej na planecie Pandora. Pandora to ogromna, wielobarwna dżungla, która zachwyci każdego widza, pełna egzotycznych zwierząt i roślin. Zamieszkuje ją lud zwany Na'vi, istoty humanoidalne, o błękitnej skórze, charakterystycznym ogonie oraz przeciętnym wzroście grubo ponad 3 metry. Kiedy wkraczamy w świat filmu, ludzie są już na Pandorze od kliku lat i do teraz, kontakty z tubylcami jakoś się układały. Dość powiedzieć, że układały się aż do pewnego momentu, którego my, jako widzowie, jesteśmy świadkami.
Początek w dużej mierze skupia się na życiu i zwyczajach błękitnych mieszkańców Pandory, podziwianiu przepięknych animacji oraz obserwacji przemiany, jaką przechodzi główny bohater. Tu warto zaznaczyć, że wiele osób zarzuca filmowi podobieństwo do Disneyowskiej "Pocachontas", co przy uniwersalności historii przybysza poznającego nowy świat, nie powinno być takie szokujące. Szerze mówiąc, mi również film nasunął podobne skojarzenia (najpierw był to "Król lew"), chociaż do tej pory nie widzę w tym nic złego. Różnic pomiędzy filmami wymieniał nie będę, bo kto inny już to zrobił, inna sprawa, że nie bawią mnie przekomarzania, "kto ma rację". Jednak jak ktoś słusznie zauważył, ludzkość jest w filmie przestawiona w niecodziennej roli. Rozpisywał się nad tym jednak nie będę, przekonajcie się sami. Inna sprawa, że kultura Na'vi prawdopodobnie wywodzi się z wierzeń i kultury Indiańskiej. Bardzo wyeksponowany został motyw ducha ziemi, w tym wypadku nazywa się Omaticaya, bardzo podobny do naszej ziemskiej Gaii, bardzo silni e pojawiających się w takich produkcjach japońskiego Square Enix, jak animacja Final Fantasy: Spirits Within, czy grze Final Fantasy VII. Piszę o tym, bo było to dla mnie naturalne skojarzenie.
Wracając do samej technologii, nie wiem jak sprawa się ma w 2D, ale w 3D film powala wizualnie. Po prostu wgniata w fotel jakością oraz efektami; była scena w której odruchowo próbowałem się uchylić przed trójwymiarowym elementem filmu, normalnie szok. Na koniec powiem wprost, jeżeli jeszcze nie widzieliście "Avatara" to zróbcie to jak najszybciej. Jeżeli nie dla epickiej opowieści, to aby przekonać się jak daleko posunęły się osiągnięcia animacji komputerowej. Dla nie przekonanych, o militarystycznych zapędach też się coś znajdzie. Koniecznie w 3D. Różnica w cenie jest nie duża, biorąc poprawkę na prawdopodobną różnicę w jakości wrażeń.
|