Było ich dziewięciu. Czterech hobbitów, dwójka ludzi, jeden elf, jeden krasnolud i majar (nazywany czarodziejem). Mieli wrzucić pierścionek do pewnego wulkanu. Zadanie to było trudne, gdyż wulkan znajdował się w środku krainy wroga, a samego pierścionka szukały pewne złe upiory. A i jeszcze jedno: od powodzenia tej misji zależały losy świata.
Pomińmy milczeniem głupotę istot, które nie pomyślały, aby poradzić sobie z wrogiem gdy był jeszcze słaby. Najwyraźniej bardzo chcieli, aby przeciwnik stał się od nich silniejszy. Przyjrzyjmy się za to tym wybrańcom od biżuterii.
Zacznijmy od najmniejszych. Było ich najwięcej. Pierwszy z nich, Frodo. Był najważniejszy. A to dlatego, że lubił zakładać ów pierścionek. I to podobno sprawiało, iż był lepszy od wszystkich innych. Jeśli tego nie rozumiecie, nie przejmujcie się. Ja też tego nie pojmuję. Przyjrzyjmy się naszemu bohaterowi. Był niski, miał włochate nogi. Bardzo lubił swojego wujka. Strasznie się przejmował swoją misją (zresztą jak oni wszyscy). Był jednym z tych, których nazwalibyście maminsynkami. Czytając powieść trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby go zostawić samego, zgubiłby się i zmarł z głodu, nie mogąc znaleźć marchewki na polu. Zupełnie sobie nie radził w trudnych sytuacjach. Chociażby raz, gdy ktoś chciał mu zabrać pierścionek, co zrobił? Założył go na palec (chociaż tego nie mógł robić, bo wtedy wszyscy źli wiedzieli gdzie się znajduje) i uciekł, nie mówiąc ani słowa tym, którzy z nim podróżowali. Podczas podróży wykorzystywał swojego towarzysza. Który był kiedyś u niego ogrodnikiem i praktycznie do końca był dla niego sługą. Nie wstydził się zjeść ostatnią porcję jedzenia, czy wypić resztkę wody. Nie myślał o tym, że towarzysz też nawykł do jedzenia i picia. Najlepszy numer nasz Frodo wykręcił pod sam koniec. Jak wspomniałem wcześniej, miał coś wrzucić do wulkanu. A on zamiast to zrobić, uratować przyjaciół, którzy zapewne w tej chwili ryzykowali życiem, zmienił zdanie.. Uznał, że lepiej będzie, jak założy pierścionek i ucieknie. Całkiem zapomniał, że otaczali go wrogowie, którzy zrobiliby wszystko, aby zabrać mu błyskotkę. Oraz o tym, że jeśli ucieknie, wszyscy jego przyjaciele umrą. Ale co tam. Na szczęście, nie był sam. Pewien paskudny typ odgryzł mu palec i wspoczył do magmy. A co Frodo zrobił gdy już było po wszystkim, stał się herosem, wszyscy go lubili i szanowali? Zaszył się w swoim domku i zajął się pisaniem pamiętnika.. każdy by tak zrobił, co nie?
Przejdźmy do następnego chojraka. Na imię mu Sam i także był hobbitem. To on był tym służalczym ogrodnikiem. Nie należał do najinteligentniejszych. Gdyby nie ratowanie świata, przez całe życie dbałby o grządki. Ale przyjmijmy że był dobrym człowiekiem. To znaczy hobbitem. Być może to ten brak wykształcenia sprawiał, że nie wpadł na pomysł, iż jest równy innym i nie musi zachowywać się jak sługa. A może po prostu lubił być głodny, poświęcać się dla innych. Na pewno nie był typem przywódcy. Cały czas podporządkowywał się decyzjom innych. I tylko jeden raz musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Zabił wtedy pająka i pozwolił, aby wrogowie zabrały jego pana oraz pierścionek. Cóż, każdemu może się zdarzyć.
Pozostali dwaj hobbici. Pomyślcie. Wyruszacie na trudną wyprawę, podczas której możecie zginąć, możecie stać się niewolnikami. Od sukcesu tej podróży zależą losy świata. Czy zabralibyście na nią dzieci? Raczej nie. A Merry i Pippin byli niczym takie duże dzieci. Nieostrożni, ciekawscy, lubili się bawić. Jeden z nich prawie zdradził wrogom miejsce pobytu całej bandy, gdy znalazł się sam na sam z palantirem (okrągły kamień, taka dziwna wersja telefonu komórkowego). Dali się też złapać przeciwnikom, przez co inni musieli ich ratować, zamiast zajmować się swoją misją. Jakimś cudem udało im się przetrwać całą wyprawę, czego nie można powiedzieć o następnym bohaterze.
Na imię mu Boromir i był człowiekiem. Wyruszył z innymi, jednak nie za bardzo zgadzał się z nimi. Chciał zabrać Frodowi błyskotkę i użyć ją przeciwko wrogom. Nie ma to jak zgoda w drużynie. Doprowadził do rozdzielenia się kompanii, by po chwili zginąć. Raczej nie można powiedzieć, że można było na niego liczyć.
Widzieliście bohaterów amerykańskich filmów, którzy byli dobrzy, prawi, odważni, świetnie się bili, co jakiś czas rzucali jakimiś niezwykle mądrymi słowami? takie plastikowe ideały. Jeden z członków wyprawy taki właśnie był. Należał do rasy ludzi i miał na imię Aragorn. Chyba nie przepadał za swoim imieniem, gdyż dość długo kazał mówić do siebie Obieżyświat. Nic zaskakującego, że został na końcu królem. A wcześniej był wzorcowym towarzyszem, na którego można było liczyć, który nigdy nie zdradzi i nigdy nie zrobi nic złego. Był tak dobry, że aż się niedobrze człowiekowi robiło.
Przedstawicielem elfów był Legolas. Jego rasa znana jest z tego, że lubi chodzić czysta, ładnie ubrana, lubi piękno i jest bardzo wytworna. Legolas był chyba wyjątkiem. Podczas całej podróży mył się chyba ze trzy razy, nie przykładał uwagi do swojego wyglądu, nie przeszkadzał mu smród własny oraz towarzyszy (pomyślcie jakbyście pachnęli po przebiegnięciu kilku kilometrów, w upale, nie myjąc się przez kilkanaście dni). Jedyne co potwierdzało, iż jest elfem, to dobry wzrok, chodzenie po śniegu i sprawne posługiwanie się łukiem. Poza tym elf był niezwykle ludzki. Ale kto wie, może tacy są książęta elfów. Albo tez jego ojciec popełnił mezalians i Legolas jest w połowie człowiekiem.
Jeśli zaś chodzi o krasnoluda, to miał na imię Gimli. W przeciwieństwie do elfów krasnoludy lubią żyć w jaskiniach, lubują się w obróbce metali i nie przepadają za wodą. Do tego klną niczym szewc. A jaki był nasz Gimli? Cóż.. powieść ma ponad 900 stron, a nie znajdziemy w niej ani jednej wypowiedzi krasnoluda, w której przeklina. Więcej, jest niezwykle miłym facetem. Sprawia wrażenie takiego pomniejszonego człowieka, nic więcej.
I ostatni chwat. Mówią na niego Gandalf. Był majarem (można go porównać do anioła, istniał zanim powstał świat). Posiadał dość dużą moc, wiedzę, był kimś. I zdecydowanie był najpotężniejszym członkiem bandy pierścienia. Jednak jakimś cudem dość szybko z niej wypadł walcząc z takim dużym potworem, którego nazywano Balrogiem. Powrócił po pewnym czasie, gdy wszystko się skomplikowało. Przywódca wrogów był najsilniejszym majarem. Natomiast Gandalf był jednym z silniejszych. Więc nie ma co się dziwić, że nie wyzwał tego złego na pojedynek. Ale zastanawiające jest to, że prawie dał się zabić jednemu demonowi, a podczas oblężenia miasta pozwolił na śmierć wielu ludzi. Cóż, po prostu nie chciał pokazywać jaki jest silny.
To właśnie takich ludzi wybrano do najważniejszego zadania. Czterech hobbitów: niedorajdę, sługę i dwójkę dzieci, dwójkę ludzi: zdrajcę i plastikowy ideał, nieelfiego elfa i niekrasnoludzkiego krasnoluda, oraz czarodzieja, który nie chciał pokazywać co potrafi. Być może myślicie, że nie było nikogo lepszego. Ależ nie, było wielu, ale oni pewnie byli czymś zajęci i nie mieli czasu zawracać sobie głowy czymś takim jak ratowanie świata..
|