III miejsce w konkursie literackim "Dragon Age: Początek"
Nad taflą wody jeziora Calenhad unosiła się jeszcze mgła, a przez gałęzie drzew, przedzierały się pierwsze promienie słońca. W powietrzu wyczuwało się zło, nadchodzące ze straszną siłą. Zło, które było niemal namacalne. Naprzeciw siebie stanęły dwie potężne armie. Od północy od strony Redcliffe nadchodziła armia plagi o zbrojach czarnych jak noc, natomiast ze wschodu armia Ferelden, której przewodził człowiek o imieniu Orthas - szary strażnik. Już niebawem miejsce ich spotkania miało pokryć się tysiącami ciał. Bitwa rozegrała się na początku ery smoków nieopodal osady na brzegu jeziora Calenhad, z której można dostać się do wieży kręgów. Orthas wjechał na wzgórze i spojrzał przed siebie. Przed nim, na horyzoncie rozciągała się armia pomiotu. Ich ogromne topory i miecze połyskiwały w słońcu. Stali nieruchomi, jak by nie bali się ataku, jak gdyby go oczekiwali. W tej chwili nie było już odwrotu. Orthas zawrócił konia i zmierzył wzrokiem podległe mu oddziały. Na czele stał regiment ludzi, któremu bezpośrednio przewodził. Sam ich wybrał, sam wytrenował. Potomkowie najlepszych wojowników, dumni, nieustraszeni i gotowi na śmierć. Wszyscy zakuci w srebrne zbroje z pięknymi zdobieniami, każdy z mieczem na plecach. Na letnim wietrze powiewał wspaniały sztandar. Jeźdźcy otoczeni byli przez tancerzy wojny, wojowników, nie znających strachu. Ich półnagie, wytatuowane ciała oraz długie, postawione na sztorc włosy, siały postrach wśród przeciwników. Każdy trzymał w rękach dwa długie miecze. Byli to najlepsi dalijscy wojownicy z wszystkich klanów, specjalizujący się w walce dwoma mieczami, którzy odpowiedzieli na wezwanie do wojny z plagą, pomimo swojej niechęci do ludzi. Orthas zatrzymał wzrok na swoim przyjacielu, przywódcy tancerzy. Miał on najdłuższe włosy i najbardziej wytatuowane ciało. Zwał się Lorian, dalijski elf, którego imię budziło respekt, a czyny były legendarne. Był ich przywódcą, gdyż miał największy posłuch wśród swoich wojowników. Jego miecze również były niezwykłe, całe pokryte runami. Podobno znalazł je w ruinach w Głuszy Korcari i był wstanie przeciąć nimi niemal wszystko. Z elfów tylko on potrafił władać tego rodzaju orężem. Nieopodal "wymalowanych wojowników" stała grupa zakapturzonych postaci - magowie. Ich długie szaty pokryte były symbolami. Stali skupieni, przygotowując się do boju. Wśród nich wyróżniała się jedna osoba. Jej płaszcz zrobiony z jedwabiu, zdobiony był złotem i kamieniami szlachetnymi. W ręku trzymała magiczną laskę, z ogromnym ametystem na czubku. Była to Awina, najpotężniejsza z czarodziejów. Znała wszystkie tajniki magii. Jej wiedza będzie nam bardzo potrzebna - pomyślał Orthas. Wiedział także ,że ma do dyspozycji mabarskie psy wojenne. Każdy z nich był gotowy do ataku. Psy były tak wyćwiczone, że potrafiły ściągnąć jeźdźca z konia albo przełamać linię pikinierów. Sam ich widok i odgłos wzniecał panikę. Za tymi wszystkimi oddziałami stali zwykli żołnierze oraz templariusze. Kilka regimentów jazdy, piechota, łucznicy po bokach. Stali spokojnie, czekając na rozkaz ataku. Niezliczona ilość sylwetek. Blask ich zbroi tworzył łunę na porannym niebie. Nadszedł czas - pomyślał Orthas. Puścił się galopem w stronę swoich wojsk. Piękna, złota zbroja i czerwona peleryna, spływająca z jego ramion tworzyły widok wspaniały i straszny zarazem. Zbroja ta należała do jego rodziny od pokoleń. Zakładali ją dumni i dzielni wojownicy - Szarzy Strażnicy. Na plecach miał przewieszony piękny, bogato zdobiony miecz. Jego rękojeść przyozdobiona była pięknymi rzeźbieniami - głowami smoków. Wiatr rozwiewał długie włosy bohatera, kiedy jechał w stronę swego oddziału. Kiedy dojechał, zawrócił konia i zajął miejsce w szeregu. Rycerz stojący obok podał mu hełm. Był on zrobiony ze złota. Dowódca spokojnie go założył, po czym stał przez jakiś czas w milczeniu. Wreszcie szybkim ruchem dobył miecza, który zapłonął żywym ogniem.. Jego blask był widoczny z daleka i oznaczał, że bitwa niebawem się zacznie. Z gardeł tancerzy wojny popłynęła stara pieśń, która zawsze zagrzewała ich do walki. Orthas także był gotowy do walki. Dal znak do ataku, spiął konia i rozpoczął szarżę. Natychmiast za nim ruszyła cała armia. Na czele szarżował Orthas wraz ze swoim regimentem, gnając w milczeniu na spotkanie przeznaczenia. Słońce odbijało się od zbroi wodza i pozostałych rycerzy, powodując, że błyszczały one niesamowitym blaskiem. Za nimi pędzili pozostali jeźdźcy i szybkim marszem szła piechota. Z lewej i z prawej flanki posypał się grad strzał, które jednak odbiły się od czarnych zbroi. Lorian zobaczył w górze płonący miecz. Odwrócił się. Wszyscy jego towarzysze byli gotowi. Widział to na ich twarzach. Poczuł w sobie furię i ogromną żądze krwi. W chwili, gdy Orthas opuścił broń, wyrwał z ziemi swoje dwa długie miecze i biegiem ruszył na przeciwnika, a za nim jego oddział. Żaden z nich nie obawiał się zginąć, byle tylko z honorem i w walce. Awina obserwowała szarżę ze spokojem. Powoli zaczęła recytować zaklęcia i razem z innymi magami utworzyła krąg, wymawiający te same tajemne wyrazy. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż w końcu ich intonacja przerodziła się w krzyk. W powietrzu można było wyczuć gromadzącą się energię. Czarodzieje unieśli ręce do góry, a z ich dłoni wyleciały kule ognia, które z ogromną prędkością poleciały w stronę wojowników mrocznego pomiotu. Szary strażnik zbliżył się do przeciwników, widział ich dokładnie. Czerń zbroi była wręcz niewyobrażalna, hipnotyzująca. Wreszcie wpadł między wrogów. Jego miecz rozpoczął taniec śmierci. Blask płonącego ostrza był widoczny z daleka, kiedy ciął nim kolejnych przeciwników. W wirze walki usłyszał wrzask dalijskich elfów. Oni również starli się z wojownikami plagi. Widział, jak wirują w swoim tańcu, bezlitośnie tnąc wrogów. Miecz Orthasa wirował bez przerwy, z pewnym trudem przebijając pancerze kolejnych przeciwników. Widać było, że ich zbroje nie były doskonałe. Jego towarzysze mieli więcej problemów, ale udawało im się nawiązać walkę z bestiami mrocznej armii. Wydawało się, że elfy mają przewagę. Szeregi wojowników w czarnych zbrojach powoli cofały się pod naporem wroga. Zwycięstwo powoli stawało się pewne. Wtem powietrze rozerwał potworny, nieludzki wrzask. Od strony sił plagi nadbiegały potwory, jakich ziemia nie mogła wydać na świat. Ohydztwo, ogry, demony żądzy naznaczone piekielnym piętnem. Gwałtownie uderzyły w Orthasa i jego regiment. Rozpoczęła się rzeź. Zwykli rycerze nie mieli szans, padali jeden po drugim. Wydawało się, że wszystko stracone, gdy nagle z pomocą przybyli ogromni białowłosi qunari, którzy także odpowiedzieli na wezwanie do wojny. Połączone siły różnych ras starły się z mrocznym pomiotem. - Jakie są straty? - krzyknął dowódca do jednego za swoich rycerzy. - Około trzystu nie żyje - usłyszał odpowiedź. - Pomścimy ich! Wszyscy za mną!!! - wrzasnął Orthas, czując, jak ogarnia go furia, wywołana śmiercią towarzyszy broni - pomścijmy naszych braci!!! Z wściekłością ruszył na bestie plagi. Wpadł między nie i ponownie jego miecz zaczął wirować w powietrzu, w krwawym tańcu śmierci. Magowie bez przerwy miotali kule ognia, które z niezwykłą skutecznością raziły linie wrogów. Nagle przestali, krąg został rozerwany. Czarodzieje zostali wyrwani z transu śmiercią jednego z nich. Awina poczuła ogromną moc i w ostatnim momencie uchyliła się przed zielonym promieniem, który rozciął na pół czarodzieja stojącego obok. -Wszyscy uciekać! - krzyknęła do towarzyszy. Czarodzieje rozpierzchli się w wszystkie strony. Czuli, że Awina i Tajemny Horror stoczą śmiertelny pojedynek. Wszystkie swoje siły skierowali przeciwko pomiotom. Pioruny, kule ognia, lodowe sople znów poleciały w stronę wojowników w czarnych zbrojach. Nie były one może tak potężne, gdyż były tworzone przez pojedynczych magów, ale i tak siały spustoszenie w oddziałach wroga. Maginka uniosła ręce, po czym odmówiła zaklęcie. Wokół niej i jej przeciwnika wyrosła błękitna kopuła, zamykając ich w swoim wnętrzu. - Jeżeli mam zginąć, to przynajmniej razem z nim - pomyślała. Dokładnie przyjrzała się swemu rywalowi. Był wysoki, ubrany w czarną szatę. Jego twarz była przerażająca. Awina uniosła laskę, wymawiając zaklęcie. Spod jej stóp wyrósł słup energii, która wniknęła w ciało czarodziejki. Chwilę później, z ametystu umieszczonego na czubku jej laski, strzelił błękitny piorun. Przeciwnik zwinnym ruchem wysunął ręce przed siebie, wypowiedział zaklęcie i piorun zniknął. Chwilę stał w bezruchu, potem gwałtownie uniósł ręce, z których wyleciała ogromna liczba małych kryształków szkła. Czarodziejka nie zdążyła rzucić zaklęcia ochronnego. Odłamki powbijały się w jej ciało, zadając głębokie rany. - Nie doceniłam go - wycedziła przez zęby. Wstała z trudem, unosząc prawą rękę, wokół której zaczęła gromadzić się energia. Widać było, jak wiele wysiłku czarodziejka wkłada w to zaklęcie. Każdy mięsień jej ciała był napięty do granic wytrzymałości. W pewnym momencie wyrzuciła przed siebie ręce, posyłając w stronę przeciwnika błękitną sferę, która z zawrotną prędkością zbliżała się do celu, ale i tym razem tajemnemu horrorowi udało się uniknąć śmierci. Rozpłynął się w powietrzu, a pocisk pomknął dalej, rozbijając się o walczące postacie. Awina zrozumiała, z jak potężnym przeciwnikiem przyszło się jej zmierzyć. - Zobaczymy, czy unikniesz tego - pomyślała. Wbiła laskę w ziemię. Ametyst zapłonął na zielono. Czarodziejka postanowiła użyć całej mocy, jaka jeszcze pozostała w jej ciele, po czym wypowiedziała zaklęcie. Nigdy jeszcze nie używała tak potężnego czaru. Czuła ogrom przepływającej przez ciało energii. Tajemny Horror stał jak skamieniały. Chwilę później jego ciało eksplodowało. Awina osunęła się na ziemię. Lorian wirował ze swymi mieczami wśród kolejnych przeciwników. Wszędzie, gdzie błysnął jeden z jego mieczy, padał martwy przeciwnik. Wielu z jego towarzyszy zginęło, inni byli ranni. Jego ciało również było poranione, ale nie czuł bólu, był zawładnięty żądzą zabijania. tancerze wojny dziesiątkowali wrogów, którzy rzucili się w końcu do ucieczki. - Czy mamy ich gonić? - spytał jeden z wojowników. - Nie, nie ma potrzeby - odparł Lorian, sapiąc ze zmęczenia i wściekłości. - Ale oni uciekną! - krzyczał - nie możemy na to pozwolić! - Nie bój się. Nie uciekną. W tym momencie uciekające wojska czarnej armii dały się zaskoczyć. Nagle zaczęły dobiegać krzyki, wrzaski i jęki. - Słyszysz - powiedział Lorian z ponurym uśmiechem. Moje pułapki nigdy nie zawodzą. W ich kierunku zbliżał się kolejny oddział wroga. Przywódca dalijskich elfów po raz kolejny razem z innymi pobratyńcami rzucił się na wroga. Templariusze razem z qunari i resztkami kawalerii, poradzili sobie z resztą hurlocków i ogrem. Orthas dostrzegł w szeregach wroga postać na koniu, w czarnej pelerynie, otoczoną przez wojowników w czarnych zbrojach. - Koren, tobie oddaję dowództwo - zwrócił się do jednego z rycerzy - jedźcie wspomóc inne walczące oddziały. - Dobrze, a gdzie ty jedziesz? - Muszę pokonać ich wodza - odparł dowódca Spiął konia i ruszył galopem w stronę tajemniczego wojownika. Tamten, widząc to, również ruszył w stronę Orthasa. Obaj zatrzymali się w pewnej odległości od siebie. Strażnik zsiadł z konia i wbił miecz w ziemię, rzucając wyzwanie przeciwnikowi. Tamten również zsiadł ze swego rumaka, dobył miecza i stanął, czekając na atak. Pierwszy zaatakował Orthas, unosząc miecz nad głowę i rzucając się na przeciwnika. Jego cios został jednak odparowany. Hurlock alfa odbił miecz Orthasa i wyprowadził cios z boku, przed którym wojownik w złotej zbroi uskoczył do tyłu. Zdawał sobie sprawę, że to będzie długa walka.
Tymczasem qunari, razem z tancerzami wojny oraz łucznikami zaczęli zdobywać coraz większą przewagę. Wojownicy w czarnych zbrojach byli trudnymi przeciwnikami, ale determinacja ludzi, dalijskich elfów oraz qunari powodowała, że ogromna liczba kreatur pomiotu poległa. Ci, którzy przeżyli, cofali się pod naporem oponentów. Orthas był już bardzo wyczerpany długim pojedynkiem. Jego oddech był krótki, z trudem łapał powietrze. Jednak po jego przeciwniku nie było widać śladów zmęczenia. Od pewnego czasu dowódca tylko się bronił, nie miał dość siły, aby zaatakować. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeżeli nic nie zrobi, to przegra. Zaczynał mieć problemy z odparowywaniem ciosów. Zebrał więc wszystkie siły i zaatakował. Jego miecz ciął powietrze, ale wódz czarnej armii skutecznie unikał ciosów, cały czas cofając się. Zmęczony strażnik postawił wszystko na jedną kartę, wyskoczył w powietrze i ciął z obrotu, lecz i tym razem nie trafił. Hurlock alfa wyprowadził pchnięcie. Orthas odruchowo zamknął oczy, ale nie poczuł bólu. Gdy otworzył oczy zobaczył, że Lorian zasłonił go własnym ciałem. Miecz przebił dalijskiego elfa. - Nie!!! - krzyknął, ale było już za późno, jego przyjaciel nie żył. -Zapłacisz mi za to!!! - Orthas spojrzał ze wściekłością na swojego wroga. Poczuł, jak narasta w nim gniew, a z nim potężna energia. Uniósł swój płonący miecz i biegiem ruszył w stronę przeciwnika. Tamten jeszcze próbował atakować, ale szary strażnik wyskoczył w powietrze, tnąc od góry. Klinga buchnęła płomieniami, kiedy przecinał twardą zbroję Hurlocka. Dowódca oparł się na swym zakrwawionym mieczu. Lorian, przyjacielu, twoja śmierć została pomszczona. Armia pomiotu po stracie przywódcy została rozbita. Wszystkie pozostałe przy życiu oddziały rzuciły się do ucieczki. Tę potyczkę plaga przegrała. Słońce zachodziło i jego promienie oświetlały pole walki. W jego pobliżu zwycięscy rozbili obóz. Opatrywano rannych, wśród których znajdowała się mocno wyczerpana Awina. Orthas wjechał na to samo wzgórze, z którego rano obserwował swoje wojska. Pole walki wyglądało makabrycznie. Mnóstwo ciał ofiar, zarówno elfów dalijskich, ludzi, qunari jak i mrocznej armii. Dowódca rozmyślał o przyjacielu. Wspominał ich dawne wyprawy. Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego poświęciłeś życie w mojej obronie? - to pytanie cały czas nurtowało Orthasa. Nie mógł się uspokoić, mimo, że pomścił śmierć przyjaciela. Zawrócił konia. W dole zobaczył obóz. Paliły się ogniska, żołnierze świętowali. Lało się wino, pieczono mięsa. Szary strażnik nie mógł świętować, nie był w nastroju. Jeszcze długo potem stał na swym koniu na wzgórzu, oświetlony przez księżyc, rozmyślając i wiedział, że to nie koniec konfliktu z plagą, a ta bitwa to dopiero początek długiej i krwawej wojny.
|