W teorii film opowiadający historię losów Elżbiety I, wybitnej postaci historycznej (moja mistrzyni, to tak na marginesie) królowej protestanckiej Anglii w XVI wieku. Dlaczego w teorii? Tutaj pojawia się pierwszy i chyba najpoważniejszy mankament filmu. Straszliwie naciągana historia. Dowód? W momencie rozpoczęcia akcji Elżbieta ma ponad 50 lat, a grająca ją aktorka (Cate Blanchett) niecałe 40, nie wspominając już o tym, że wygląda na jeszcze mniej. To dopiero początek, są grubsze grzeszki. Naciągana rozpacz królowej w momencie egzekucji jej rywalki w walce o tron, Marii Stuart. W rzeczywistości Elżbieta była bardzo zadowolona, co było z resztą logiczne. Kolejny przekręt. Maria Stuart nie była w cale takim potworem, jak mogło by się wydawać po obejrzeniu filmu, była to wykształcona i bardzo tolerancyjna kobieta, która chciała zgodzić się nawet na usunięcie mszy katolickich ze sceny publicznej. Uwierzcie, można by wymienić jeszcze dużo więcej...
Wierzyłam jednak, że taki brutalny zabieg historyczny ma coś na celu, uatrakcyjnienie fabuły, genialny pomysł przepchnięty za wszelką cenę? Niestety żadnego kąska, który choć w drobnym stopniu pozwoliłby mi zrozumieć decyzję reżysera w filmie nie znalazłam. Będąc już przy reżyserze (Shekhar Kapur), muszę wspomnieć o nie małym zdziwieniu, kiedy dowiedziałam się, że jest nim Pan, który raz już się zabierał za tworzenie filmu o Elżbiecie, z tą samą aktorką w roli głównej i podobnym wątkiem miłosnym (nieciekawym w obu przypadkach) Taką decyzję normalnie bym zbeształa, ale Cate jest moją ulubioną aktorką i w roli królowej sprawdza się co najmniej dobrze. Reżyser taki jak Kapur, rodem z bollywood'u, moim zdaniem nie jest jednak najlepszym kandydatem do realizacji wiernego faktom i kulturze europejskiej filmu historycznego (co przejawia się np. w zbyt kolorowych i aż pachnących kulturą hinduską strojach królowej). Sama fabuła filmu, pomijając już historyczne wpadki, jest nieco chaotyczna, nie równa poziomem. Tak jak wątek flirtu Elżbiety i żeglarza Walter'a Raleigh'a przez kilka pierwszych scen był nawet sympatyczny, ale później zrobił się po prostu nudny. Było jednak kilka scen, które naprawdę mi się podobały, chociażby planowanie taktyki na bitwę z Hiszpanami czy świetny spacer po klifach Elżbiety podczas bitwy morskiej. Tak jak fabuła, tak i humor. Pierwsze sceny dawały nadzieję na nieco zawadiackie i delikatne, lecz bardzo miłe dla widza (czytaj w miarę inteligentne) komentarze Elżbiety, później jednak jakoś się to rozwiało, zniknęło i już nie wróciło. Bardzo pozytywnym aspektem filmu jest na pewno muzyka (Craig Amstrong, A.R. Rahman), szkoda tylko, że tak słabo wyeksponowana, która świetnie podkreśla kilka scen. Następną rzeczą, o której należy wspomnieć jest poziom aktorki. Wcielająca się w rolę Królowej Dziewicy, Cate Blanchett zagrała naprawdę dobrze, jest na pewno perełką, która nadaje filmowi jakiś w miarę ciekawy kształt. Jej momenty "solo" podobały mi się najbardziej wśród całości, to mówi za siebie. Patrząc jednak na jej poprzednie rolę odniosłam wrażenie, że w "Elżbiecie..." nie wykorzystała pełni swoich możliwości. Pirat (Clive Owen), który w teorii (skąd my znamy te słowo?) powinien być postacią chociaż systematyczną w swojej klasie, tak jak to było z humorem, zaczął całkiem przyzwoicie. Przez kilka scen był awanturnikiem, nadającym fajny kontrast postaci Elżbiety, ale później znów coś umknęło i zmienił się w strasznego ponuraka, a powody pozostały wyjaśnione co najmniej mało klarowanie. O pozostałych rolach powiem tylko ogółem, nie ma wszak wśród drugoplanowych postaci już żadnej, która przykuła by moją uwagę na dłużej niż dwie sceny. Było średnio. Ogółem mam wrażenie nie wykorzystanego potencjału większości aktorów.
Śmiało mogę powiedzieć, że film, jako całość, podobał mi się, ale tylko za sprawą Cate, w jakiś 80%, i muzyki w pozostałych 20%. Mogę z czystym sumieniem wysłać do kin fanów kultury i historii angielsko-europejskiej, ale tylko tych, którzy ścierpią bolesne łamanie faktów i lekkie smaczki hindusko-indyjskie w daniu głównym. Najgoręcej film polecę jednak miłośnikom Cate Blachett, która po raz kolejny odwaliła kawał dobrej roboty. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że za jakieś dziesięć lat, kiedy Cate dobije pięćdziesiątki, Kapur będzie miał już doświadczenie po nakręceniu czterech filmów o angielskiej królowej, a ktoś wreszcie wymyśli jakiś sensowny wątek miłosny, powstanie wreszcie wierna faktom, okraszona wspaniałą muzyką, a jednocześnie porywająca opowieść o Elżbiecie I, bo kto inny zasługiwał by nataki film bardziej, niż twórczyni złotego wieku?
|