II miejsce w konkursie literackim "Dragon Age: Początek" Przedwieczny demon, przez Strażników spętany, Uwięziony w krysztale, gdy uwolniony zostanie, W swym wyzwolicielu ducha złamie, Ze stron wszelakich śmierć nań sprowadzając, W pościgu nigdy nie ustawając POŁUDNIE FERELDENU, TRAKT IMPERIALNY -Za łatwo poszło - pomyślał Mainard. -O wiele za łatwo. Być może powinien się cieszyć, że wejście na teren wioski nie okazało się wymagającym zadaniem, ale jego niepokój tylko się pogłębił. Strażnicy przy bramie nawet nie zwrócili na niego uwagi, mimo noszonej na wierzchu broni i zakrywającego twarz kaptura. Nie spodziewał się, że wejdzie w obręb murów miasteczka, kompletnie zignorowany - w tak niebezpiecznych czasach gwardziści zwykle bywali irytująco podejrzliwi. -Panie, rusz się pan! - usłyszał czyjś rozgniewany głos. -Przejazd tarasujesz! Ocknął się z zamyślenia i bez słowa zszedł na pobocze aleji wiodącej wgłąb wioski. Wyminęły go trzy wyładowane beczkami wozy, kolejno wjeżdżające przez bramę. Normalnie straż sprawdziłaby ich zawartość, nieufność strażników w tej części Fereldenu była wręcz przysłowiowa, teraz jednak trójka gwardzistów odprowadzała wozy jedynie wzrokiem. Bardziej zajmowała ich prowadzone ściszonymi głosami rozmowa; Mainard z zaciekawieniem wytężył słuch, opierając się o ścianę najbliższej chaty. Było jeszcze wcześnie, miał sporo czasu na wysłuchanie plotek z życia okolicy. -...prawdę mówię, przyrzekam, na Stwórcę! - mówił najniższy ze strażników. -Widzieli go na niebie, w noc zniszczenia Togardu! -A ty znowu o tym smoku... - westchnął drugi ze znużeniem. -Ile można powtarzać takie brednie? Nie ma żadnego smoka. One istnieją tylko w legendach Szarej Straży. -Więc czemu Togard i kilka innych wiosek wzdłuż traktu imperialnego spłonęło? - zapytał natarczywie niższy. -Mówię wam, to sprawa smoka. Powiadają, że one są nieśmiertelne i władają pomio... -Dajże spokój! - wtrącił się trzeci strażnik. -Nie wiadomo, kto zaatakował i wyrżnął te wioski, ale prędzej stawiałbym na Hurloki albo dzikie elfy, niż na stwory z mitów. Zresztą mamy inne zmartwienia. Podobno w okolicy widziano Krwawnika. Mainard zaklął cicho. Tymczasem drugi gwardzista roześmiał się serdecznie, patrząc na obu swoich kompanów. -Opowiastka o smoku terroryzującym biedne wsie Ferledenu wydaje mi się bardziej prawdziwa niż pojawienie się Krwawnika - rzekł, kiedy udało mu się uspokoić. -Przecież on już nie żyje. Słyszałem, że zabił pięciu Szarych Strażników w okolicach Denerim, po czym zniknął z powierzchni ziemi. To jasne: dopadli go inni i zemścili się, po cichu, bez rozgłosu. Należało mu się, szalonemu elfowi. -Starczy tych bzdur - mruknął do siebie Mainard i poprawił kaptur, tak by zacieniał całą twarz. Zastanowił się szybko. Odpocząć w karczmie, umyć się, ukraść prowiant na kilka dni, może nawet spróbować pożyczyć cudzego konia... Ani chwili nudy, pomyślał z ponurą satysfakcją. Ledwie zdołał zrobić przejść dwa metry drogą wiodącą wgłąb wioski, gdy usłyszał alarmujący okrzyk. Odwrócił się na pięcie, furkocząc płaszczem, wyćwiczonym przez lata ruchem dobywając broni. Wypolerowane ostrze miecza zalśniło błękitem, a dłonie Mainarda mocniej zacisnąły się na rękojeści, kiedy zobaczył Hurloki. Przez bramę przebiegał cały oddział zakutych w ciężkie zbroje humanoidalnych istot, przypominających odrażająco zdeformowanych ludzi. Mainard skrzywił się lekko, widząc jak stwory z rykiem otaczają trójkę przerażonych gwardzistów, i rzucił się naprzód. Pierwszego wroga zahaczył samym końcem ostrza, nawet się nie zatrzymując. Lekkie z pozoru cięcie przeorało gardło stwora, trysnęła fontanna krwi. Mainard z krzykiem wpadł między resztę oddziału a wycofujących się powoli wartowników i uniósł miecz nag głowę. Teraz klinga niemal oślepiała promieniującym z niej błękitem, co wyraźnie nie podobało się napastnikom. -Biegiem, ostrzeżcie innych - powiedział głośno, zwracając się do gwardzistów za swoimi plecami. -Ruszać się! Spetryfikowani strachem strażnicy ocknęli się i bez chwili zwłoki rzucili do ucieczki. -Sprowadzimy pomoc! - krzyknął jeden z nich przez ramię. Jak to miło z waszej strony, pomyślał Mainard, byleście się pośpieszyli. Hurloki otoczyły go, poruszajac się powoli i ostrożnie, widocznie czując respekt przed magicznym ostrzem. Naliczył ich osiem, trzy z wyszczerbionymi toporami, pięć z mieczem i tarczą. -Mnie szukacie, prawda? - zapytał, obracając się stopniowo i patrząc na paskudne twarze przeciwników. -Jak daleko jest ten, kto was wysłał? -Nie uciekniesz naszemu panu - odezwał się chrapliwie jeden z napastników. -Dopadnie cię choćby na końcu świata. -To ma mnie zmusić do poddania się? - parsknął Mainard, wykręcając mieczem widowiskowego młynka. -Kiepska próba. Dwoma skokami dosięgnął najbliższego, pojedynczym pchnięciem przebił go na wylot. Wyszarpnął ostrze z ciała, otarł czarną krew stwora z twarzy, i przygotował się na odparcie ataku pozostałych. Uchylił się przed wymierzonym w ramię ciosem i uderzył w broń wroga z taką siłą, że Hurlok przewrócił się. Mainard zawirował, płynnym ruchem parując dwa cięcia, po czym wskoczył na próbującego wstać potwora, zatapiając ostrze w jego brzuchu. Krąg Hurloków zawęził się niebezpiecznie; potwory zdawały się nie przejmować śmiercią swoich kompanów. Mainard jedyną nadzieję widział w fakcie, że nie chciały go zabić, tylko okaleczyć - on sam nie stosował się do takich ograniczeń. Skoczył naprzód, w locie zmieniając kierunek i spadając na niespodziewającego się ciosu Hurloka. Błękitny miecz omal nie rozrąbał czaszki stwora na pół. Oślepiony tryskającą z rany posoką Mainard poczuł szarpnięcie - jeden z przeciwników złapał go za płaszcz i próbował przewrócić. Odciął stworowi dłoń, po czym dobił pchnięciem prosto w serce. -Zostało was czterech - powiedział głośno. -Lepiej uciekajcie. Jeśli wasz pan chce złapać mnie żywego, musi zjawić się osobiście. W odpowiedzi Hurloki zawarczały groźnie i wyszczerzyły kły, unosząc broń. Mainard westchnął ciężko i zasłonił się błękitnym mieczem. Napastnicy ruszyli nieśpiesznie ku niemu.. ...a w następnej sekundzie powietrze przeszył grad strzał. Dwa Hurloki zginęły od razu, trafione w kilku miejscach, pozostałe stwory zaryczały wściekle i zasłoniły się tarczami. Mainard z ulgą zobaczył nadbiegające drogą z centrum wioski posiłki - przynajmniej dwudziestu zakutych w lekkie pancerze rycerzy Fereldenu, z których połowa miała łuki, wycelowane w kierunku pomiotów. Opuścił broń i patrzył, jak strzały dosięgają kolejnego Hurloka, wgryzając się głęboko w ciało. Ostatni ocalały podjął rozpaczliwą próbę ucieczki, nie przebiegł jednak nawet paru metrów, gdy celny pocisk trafił go w kark i powalił na ziemię. Kapitan straży, ogorzały mężczyzna o długiej, czarnej brodzie, wyróżniający się złotymi odznaczeniami na zbroji, ruszył w kierunku Mainarda, starannie omijając zalegające drogę trupy. Jego podwładni, głośno komentując, rozbiegli się wokoło, zabezpieczając teren i sprawdzając, czy na pewno wszystkie stwory przeniosły się na inny świat. -Nie jesteś ranny, nasz tajemniczy przyjacielu? - zapytał kapitan, zatrzymując się metr przed Mainardem, zmrużonymi oczyma patrząc na zakapturzonego nieznajomego. -Nie, nie jestem. Dziękuję za troskę - odparł chłodno Mainard, chowając broń. Nie podobało mu się spojrzenie żołnierza. -Nie śpieszyliście się z przybyciem. -Trzy takie same grupy zaatakowały wioskę, po jednej na każdą bramę, nie mogliśmy być w każdym miejscu jednocześnie - rzekł ostro kapitan. Za jego plecami ciała poległych układane były w pokaźny stos. Mainard nie czuł żadnej satysfakcji z wygranej walki; rozmowa ze zbrojnymi była nie mniej niebezpieczna niż zgraja Hurloków. Kapitan kontynuował: -I w imieniu wszystkich mieszkańców naszego miasteczka pragnę podziękować ci za nieoczekiwane przybycie z pomocą, panie... -Shalen - skłamał szybko Mainard. -Macie szczęście, że akurat byłem w pobliżu. -Niewątpliwie - przyznał kapitan. -Wspaniały miecz, panie Shalen, na dodatek używany przez prawdziwego wojownika. Widywałem już podobne ostrza. -Doprawdy? - spytał z udawaną ciekawością Mainard, zaciskając mimowolnie dłonie w pięści. Wiedział już, co się szykuje. -Doprawdy - odparł żołnierz, kiwając głową. -Nosili je Szarzy Strażnicy. Mainard przeklął w myślach swoje położenie. Rozejrzał się wokoło oczyma skrytymi w cieniu kaptura, tylko by upewnić się, że nie ma żadnej drogi ucieczki, a zbrojnych jest zbyt dużo. -Pokaż swą twarz, panie Shalen - warknął kapitan tonem nie znającym sprzeciwu. -To rozkaz. Wahanie Mainarda trwało tylko chwilę. Sięgnął po kaptur i stanowczym ruchem zdjął go z głowy. Oczy kapitana zabłysły z triumfem. Trójka najbliższych żołnierzy, ta sam, która przy ataku pilnowała bramy i uciekła by sprowadzić pomoc, zamarła. Mieli przed sobą twarz młodego elfa, ozdobioną długą, przecinającą czoło blizną i wytatuowanymi krwistoczerwoną barwą zawijasami wokół rażąco szmaragdowych oczu. -Przecież to... przecież... - najniższy gwardzista, ten sam, co wcześniej opowiadał o smoku, wyglądał, jak gdyby zobaczył ducha. -...Krwawnik - dokończył pustym głosem ktoś inny. Kapitan zrobił krok do przodu i odezwał się swobodnie: -Jeszcze raz dziękujemy za pomoc, panie Shalen. Czy może powinienem nazywać cię Mainardem z Denerimu? Czemuż to nic nie mówisz? Nie szkodzi, jeszcze sobie porozmawiamy. Cofnął się parę metrów, nie spuszczając elfa z oczu. -Do lochu z nim! - krzyknął. Mainard obserwował wycelowane w siebie strzały i zbliżających się ostrożnie żołnierzy, wyraźnie przestraszonych. I znów to samo, pomyślał z rezygnacją. A noc coraz bliżej. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
***
-Smok? Smok i jego armia pomiotów? To wszystko na co cię stać? -Prosiliście o prawdę, i dałem ją wam - odparł beznamiętnie Mainard. -Jeśli nie pozwolicie mi odejść, to o zmierzchu zobaczycie wszystko na własne oczy. Kapitan nie uznał za stosowne odpowiadać. Odwrócił się i wyszedł z celi. Będąc już na korytarzu, powstrzymał gestem swego przybocznego gwardzistę przed zamknięciem cięzkich, stalowych drzwi. -Jutro, zgodnie z prawem, odbędzie się twoja egzekucja, Mainardzie z Denerim - rzekł głośno. -Czuję się rozczarowany twomi wyjaśnieniami. -To nie były żadne wyjaśnienia - rzucił ostro elf. -To było ostrzeżenie. Wypuśćcie mnie, a nikt nie ucierpi, ja odejdę w swoją stronę, a smok oszczędzi wa... -Dosyć - uciął kapitan. -Zostałeś oskarżony o zabicie pięciu Szarych Strażników, ciąży na tobie wyrok śmierci. Pomogłeś nam odeprzeć pomioty, ale to nie zmienia nic. Rano czeka cię egzekucja. -Wypuść mnie - powiedział cicho Mainard, wbijając w żołnierza swe szmaragdowe oczy. -Odejdę na południe, do Ostagaru, nie wadząc nikomu. -Do Ostagaru, tak? Żebyś mógł zamordować jeszcze więcej członków Szarej Straży? Sam nie wiesz, jak niedorzeczne są twe słowa. Zamknijcie celę. Pilnować jej ze zdwojoną uwagą. Pan Mainard, słynny Krwawnik, ma o świcie spotkanie z szubienicą. Będę niezadowolony, jeśli je opuści. Drzwi zatrzasnęły się, a w celi zapanował półmrok. Mainard usłyszał stłumiony głos kapitana, dochodzący zza ściany, najpewniej wydającego rozkazy dotyczące egzekucji. Mojej egzekucji, uświadomił sobie elf bez emocji. Miał pewność, że i tak do niej nie dojdzie. Nie wątpił, że nim minie noc, jego prześladowca pojawi się w wiosce. Z dwojga złego chyba lepszy byłby jednak stryczek,pomyślał z rozbawieniem. Rozejrzał się dokładniej po lochu, po raz pierwszy, od kiedy go tu wprowadzono. Ciemne, kamienne pomieszczenie miało brudne ściany, porosłe mchem. Nie było okien, światło wpadało do wnętrza jedynie przez szparę pod drzwiami. Ku swemu zdumieniu, Mainard zauważył, że nie jest sam. W rogu siedziała skulona kobieta, wcześniej jakimś cudem niezauważona, wpatrując się zalęknionymi oczyma w elfa. Nie potrafił ocenić jej wieku - siniaki, zadrapania i rozsypane w nieładzie włosy skutecznie to uniemożliwiały. Pięknie, pomyślał, zamknęli mnie z człowiekiem. Zamierzał coś powiedzieć, by uspokoić współwięźnia, gdy niespodziewanie kobieta odezwała się jako pierwsza: -Czy to prawda, co mówiłeś o smoku? - zapytała nieśmiało, nie odrywając wzroku od Mainarda. Skinął twierdząco głową. -I o Hurlokach także? -Także. -Więc ocaliłeś dziś wiele żyć, elfie - kobieta nagle przestała wyglądać na przerażoną. -A oni i tak cię zabiją, za twe dawne grzechy. Wzruszył ramionami. Chciał w spokoju przemyśleć swoją sytuację, rozważyć wszelkie opcje ucieczki, ale ta rozmowa zaczynała byś osobliwie interesująca. -Nie dziwię się żołnierzom - rzekł obojętnie. -Zabiłem kilku Szarych Strażników, to prawda. Teraz próbuję naprawić swój błąd. -Przedwieczny demon, przez Strażników spętany, uwięziony w krysztale, gdy uwolniony zostanie, w swym wyzwolicielu ducha złamie - wyrecytowała nagle kobieta szeptem. Mainard zamarł. -Ze stron wszelakich śmierć nań sprowadzając, w pościgu nigdy nie ustawając. Wieszczka, pomyślał ze zdumieniem. Nic dziwnego że ją zamknęli - nikt nie lubi odmieńców. Głowa kobiety opadła bezwładnie na ramię, powieki powoli przymknęły się. Elf doskonale wiedział, że po tym krótkiej wizji przeszłości wieszczka nie obudzi się przez dłuższy czas. Jeśli się jej poszczęści, zauważył, może umrze we śnie. Los wioski i tak jest już przesądzony. -Przedwieczny demon, przez Strażników spętany, uwięziony w krysztale...- powtórzył na głos, sięgając do swojej szyji. Naszyjnik też zabrali, pomyślał. Naszyjnik z kryształem Szarego Strażnika, zabrany z jego martwego ciała.. Z trudem odgonił od siebie natrętne wspomnienia i usiadł pod ścianą, naprzeciw nieprzytomnej kobiety. Co najwyżej sześć godzin do zmierzchu, obliczył. Po czym usadowił się wygodniej na zimnej posadzce, opatulając się się szczelniej szatą, i zamknął oczy.
***
Obudził go ogłuszający huk eksplozji. Kamienne ściany zadrżały, z sufitu posypał się tynk, gdzieś z oddali dobiegały stłumione krzyki. Mainard, zachowując spokój, przetarł zaspane oczy. Kobieta wciąż pogrążona była w śpiączce - nie miał szans jej dobudzić, nawet gdyby chciał. Poprawił szatę i zbliżył się ostrożnie do drzwi, nasłuchując. Po niedługiej chwili w korytarzu rozbrzmiało echo kroków. Elf wziął głęboki oddech i zawołał: -Tak jak mówiłem, czyż nie? Wypuść mnie i oddaj moje rzeczy! Tylko ja mogę powstrzymać smoka! Zamek w drzwiach zachrobotał. Wejście do celi stanęło otworem i ukazał się w nim kapitan gwardzistów, z osmaloną zbroją i trwogą w oczach. Popatrzył na elfa surowo. -Za mną - rzekł ostro, siląc się na opanowanie. - Tylko bez żadnych sztuczek. Jak łatwo są skłonni uwierzyć, pomyślał Mainard, ruszając za żołnierzem wgłąb korytarza. Nie wiedzą, że już za późno. Obserwowany bacznie przez kapitana, wspiął się wraz z nim po schodach do głównej sali więzienia. Tak jak się spodziewał, za oknami noc rozjaśniały płomienie, trawiące drewniane chaty w całym miasteczku. Na tle ognia zauważył sylwetki Hurloków, ścigających bezbronnych mieszkańców, a gdzieś z góry słychać było ryki, jakie wydobyć z siebie mógł tylko smok. -Wiesz, jak go zabić? - zapytał wprost kapitan, wiodąc elfa do leżącego na stole błękitnego miecza oraz innych skonfiskowanych wcześniej rzeczy. -Gdybym wiedział, dawno bym się go pozbył, a nie tylko uciekał - odparł sucho Mainard. -Ale mogę go przepędzić. Tym oto kryształem. Podniósł naszyjnik z rubinem i ścisnął go w dłoni. Kamień rozjarzył się. -Jak widzisz, nie kłamałem - dodał. -Ten smok ściga mnie od dawna, i tylko Szara Straż może mi pomóc. A poza Ostagarem nie znajdę jej członków. -Trzeba było nie zabijać aż tylu - warknął kapitan, pozwalając elfowi na uniesienie miecza. -A teraz... Sufit zawalił się z trzaskiem, spadające kamienie przewróciły żołnierza, a Mainard w ostatniej chwili zdołał uskoczyć do tyłu. Przez nowo powstałą dziurę w dachu do wnętrza wpadł strumień ognia, znikajac po paru sekundach. -Pomóż... - rozległ się jęk kapitana. Oszołomiony i zdezorientowany Mainard zobaczył ciężkie kamienie przygniatające nogi zbrojnego. Ścisnął dłoń na trzymanym w dłoni krysztale, który pod wpływem dotyku zaczął się świecić. -Przykro mi - mruknął bez emocji i pośpiesznie wyszedł na zewnątrz, w chaos. Gdzieś z otchłani pamięci wydobyła się scena, którą próbował zapomnieć, która przywiodła go do tego punktu...
***
DENERIM, TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
-Bądź na wieki przeklęty, Krwawniku - wymamrotał z trudem ciemnoskóry mężczyzna, leżący w kałuży własnej krwi na środku bogato zdobionej komnaty. -Szara Straż... nigdy ci nie odpuści... -Nie boję się twoich gróźb - odparł Mainard, stojący nad umierającym z zakrawionym sztyletem w dłoni. -Zabiłem was pięciu. Dam radę się obronić. -Wszystkie te śmierci... po co...? - głos Szarego Strażnika stawał się coraz bardziej niewyraźny. Mainard wskazał sztyletem rubin, zawieszony na szyi mężczyzny. -Wasz magiczny skarb w końcu będzie mój - rzekł. -Dzięki takiej mocy zdołam pomóc mym braciom, wyzwolę ich spod ludzkiego panowania. -Skarb? - konający Strażnik szeptał na granicy słyszalności. -To... nie ... skarb. To... więzienie... Elf zmarszczył brwi i nachylił się nad ofiarą. -Klątwa... - usłyszał. -Uwolnisz smoka... a on będzie cię ścigał... aż do końca... Mężczyzna umarł. Mainard, z mętlikiem w głowie, popatrzył na niepozorny rubin. Majaczenia konającego umysłu nie obchodziły go. Smok, parsknął w myślach. -Nikt nie powstrzyma mnie przed wyzwoleniem twojej mocy - zwrócił się do rubinu. -Razem przyniesiemy wiele dobrego temu światu. Niedługo potem przekonał się co do rozmiarów swej pomyłki.
***
Z trudem oddychając w obłokach gryzącego dymu, Mainard wspiął się po gruzach zwalonej wieży na mur otaczający wioskę. Dłonie miał poparzone, twarz zakrwawioną, oczy przesłonięte mgłą. Słyszał chór krzyków mordowanych ludzi, i próbował przypomnieć sobie, jak wiele razy znajdował się w takiej sytuacji. Ile to już razy zostawiał za sobą płonące domy i ich niewinnych mieszkańców, wyrzynanych co do jednego? Trzy? Może cztery? Kogo los zetknął z Mainardem z Denerim, Krwawnikiem, tego czekał marny koniec. Wystarczyło zeskoczyć z muru po drugiej stronie i uciec w mrok nocy, byle dalej na południe, w stronę Ostagaru. Tam, w starożytnej fortecy, gdzie zbierała się armia króla i członkowie Szarej Straży, być może znajdzie wybawienie. Szansę na pozbycie się demonicznego prześladowcy. Jednak nie uciekał jeszcze. Odwrócił się i spojrzał na ogniste piekło przed sobą. Blask płomieni odbijał się w jego szmaragdowych oczach. -Gdzie jesteś? - warknął, starając się przebić wzrokiem chmury dymu. -Gdzie jesteś, smoku? Basowy ryk wstrząsnął ziemię. Ponad domami pojawiła się ogromna istota, szybująca ku niemu. Nie minęła chwila, a smok wylądował ciężko dziesięć metrów od elfa, na dachu drewnianej chaty, miażdżąc ją swoim ciężarem. Ciało istoty składało się wyłącznie z kości - był to spowity srebrną aurą szkielet, z rubinowymi światłami w oczodołach. Kości skrzydeł połączone był cienką błoną, niemal przezroczystą, a spomiędzy imponujących kłów wydobywały się płomienie. Mainard zacisnął mocniej dłoń na rozjarzonym krysztale. -Dopadnę cię, elfie- usłyszał obcy głos we własnej głowie. -Kryształ Strażników, me byłe więzienie, nie będzie cię chronił wiecznie. -Dotrę do Ostagaru - odparł Mainard, podziwiając majestat nieumarłego potwora. -Uwolnię świat od ciebie. Na zawsze. -Jeśli wcześniej nie złamie się w tobie duch. Powiedz, jak dużo otaczającej cię śmierci jeszcze zniesiesz? Ile istnień możesz mieć na sumieniu, nim się poddasz? Nie odpowiedział. Zawiesił kryształ na szyi, i nie oglądając się za siebie, zeskoczył z muru, po czym ruszył biegiem przed siebie. Na południe, do Ostagaru.
KONIEC
|