Film katastroficzny? Katastrofa na pewno była w tym filmie - tylko czy aby na pewno taka, jakiej spodziewają się widzowie?
Widz pragnie bowiem wrażeń, czegoś, po czym, wychodząc z kina, powie : "Ooo! Tego jeszcze nie było!" Destrukcja, namiętności itp. są pożądanym składnikiem udanego filmu. W sumie można by spodziewać się czegoś niesamowitego po filmie, którego reżyserem jest twórca "Kruka" i "Mrocznego miasta". A tymczasem, pomimo tego, iż "Zapowiedź" miała być intrygującym obrazem, dającym do myślenia o przyszłości, wybawieniu, przepowiedniach itd. - film nie podołał przechwałkom. Niczym nie porywa - standardowo - samotny ojciec, dziecko, które wszystko lepiej wie od dorosłych, dziewczynka z wizjami, nudne zakończenie, bardzo przeciętny film i gra aktorska.
Jeśli o treść chodzi, to mamy Caleba, chłopca, który razem z klasą w 2009 roku świętuje 50 rocznicę istnienia szkoły. Aby uczcić ten dzień, wykopują specjalna kapsułę, w której pięćdziesiąt lat temu, uczniowie zamknęli rysunki ze swoimi wizjami przyszłości. Caleb dostaje kartkę zapisaną rzędami liczb. Jego ojciec (Nicholas Cage) okrywa, że w tych ciągach znajdują się daty przeróżnych katastrof, w których zgięły masy ludzi. Pozostały jeszcze trzy daty - John rusza ratować świat.
Temat oklepany - były już filmy typu : "Pojutrze" czy "Dzień zagłady", w których pomimo usilnych starań przyrody, człowiek się ratuje. Widza, oglądającego "Zapowiedź" nic nie ratuje. Dialogi są przewidywalne, niektóre sceny, aż proszą się o oryginalność, aktorzy grają swoje role bez przekonania. Weźmy chociażby Rose Byrne grającą Dianę Wayland. Ma się wrażenie, że aktorka się męczy, a jej postać ma wszystkiego dosyć, żyje na siłę i sama nie wie, co z sobą począć. Albo sam John, czyli N.Cage - aktor porywająco gra astrofizyka bez piątej klepki. Zupełnie nie umie skojarzyć większości prostych faktów, które są przecież niezbędne do uratowania świata. Momentami miałam dość tego żenującego braku orientacji, ale można to tylko wytłumaczyć dużą ilością alkoholu, jaką sobie aplikuje ojciec Caleba co jakiś czas. Mamy również nudne do bólu zapewnienia o ateizmie Johna (średnio co kilka minut), jakby trzeba było upewnić widza, że nie będzie tu nic o Bogu. Biorąc pod uwagę zakończenie filmu, może miało to jakieś znaczenie.
Są momenty, które świetnie się spisują w kinie - na przykład katastrofa samolotu. O - to było fajne - bardzo prawdziwe, mocne. Podobnie katastrofa numer dwa, czyli wypadek w metrze. Powiedzmy, że dla tych dwóch scen warto zobaczyć film. Ale to raptem kilkadziesiąt minut - reszta to zbędne dodatki.
O ostatniej katastrofie nie mogę wam za wiele powiedzieć, ponieważ zdradziłabym zakończenie, a reżyser bardzo się napracował resztą filmu, że było na co czekać. Jeśli ktoś doczeka zostanie nagrodzony odrobiną kosmosu w teologicznym aspekcie. Nie zrozumie mnie, kto nie był. Żadne rewelacja to zakończenie - miałam ochotę zapytać : "To wszystko? To o to chodziło?".
Choć "Zapowiedź" zapowiadała się obiecująco, zapowiadam wam, iż "Zapowiedź" obiecującym filmem nie jest.
|